Reklama

Leon Rackiewicz: rybak, leśnik, myśliwy... gawędziarz.

Leon Rackiewicz lat 90

Rybak, leśnik, grzybiarz i mysliwy.
A przede wszystkim gawędziarz.
Pisze amatorsko wiersze i opowiadania
Własne i nie tylko.
Przeważnie na tematy myśliwskie
I zawsze ze szczyptą humoru.
Czuje się osamotniony, gdyż już przeważnie
Wszyscy jego koledzy i przyjaciele
Nie dotrzymali mu kroku w biegu na przełaj
Przez życie.
A oto niektóre jego jak je sam określa
Duby smalone:
Prosi też by nie traktowano
Poważnie jego "utworów"





W pierwszej prezentacji Pana Leona zamieścimy cztery utwory: trzy wiersze (Rozmyślania starego nemroda, Psia wałęsonada, Sarnio - serenada) oraz jedno opowiadanie (Byczy psikus).




ROZMYŚLANIA STAREGO NEMRODA

Gdzie te lasy z tamtych lat, bory cieniste
Gdzie jeżyny kłujące w leśnym przesmyku
Gdzie zaciszne ostoje i zwierząt bez liku
Gdzie złe wilcze watahy ujęte w Fałacie
Gdzie te mszary swoiste w zimowej szacie
Gdzie mchy grube, zielone, wilgotne paprocie
Gdzie borówki czerwone i grzybów krocie
Gdzie myśliwi z tamtych lat, ich piesków granie
Kiedy niedźwiedź kudłaty na dybach stanie
Ckliwą łezkę nemrodzie masz na siwej brodzie
Upłynęło wiele lat, wszystko się zmieniło
Czas zatarł ślad jak by nic nie było
Tylko cicho szumi las po wieczny czas
I została myśl jak lotny ptak
Kto wie czy było tak, kto wie czy było tak?




Kiedyś obowiązkiem myśliwego było strzelać bezpańskie psy, wałęsające się w polu czy w lesie. Teraz weszła ustawa zabraniająca strzelanie psów. Psy więc teraz polują na równi z myśliwymi

PSIA WAŁĘSONADA

Pomyślmy przez chwilę dlaczego przywilej
ma pies, który za sarną w polu się wałęsa
I idzie bez szkody z myśliwym w zawody
w zdobywaniu porcji mięsa.
Odpowiedź jest prosta, gdyż pies macha chwostem
I jest naszym przyjacielem.
Dlatego też każdy etyczny myśliwy
Zwierzyną z nim się dzieli
A sarna - cóż z tego, że jest najpiękniejszą,
w łowisku krasawicą
Powiedzieć by można, że lepsza jest z rożna
Podlana śliwowicą




SARNIO-SERENADA

Sarenka panienka, czar świata zwierzęcego
nimfa gaju zielonego
Płowa sukienka !
Miss lasów i pola w skoku swawola
Elegancja kroku
Słynie z urody, jest cudem przyrody
Ma oczy marzące jak kwiaty na łące
Więc patrz i podziwiaj a nie zabijaj
Bądź mądry nemrodzie przed a nie po szkodzie
Uszanuj piękno natury
Jest piękna, gdy żywa, skacząca szczęśliwa
A nie odarta ze skóry




BYCZY PSIKUS

Byłem myśliwym, jeszcze nie selekcjonerem, ot takim zwykłym z dubeltówką. Polowałem na szaraki, kaczki, lisy i czasem na dziki. Z dubeltówką na dzika, z podchodu, to dopiero sztuka. Przede wszystkim sztuka umiejętnego podchodzenia do czujnej zwierzyny na odległość strzału wymaga od myśliwego wielkiego opanowania, poskromienia emocji, bicia serca oraz ciągłej obserwacji, jak zwierzyna się zachowuje i cichego stąpania, nie patrząc jednocześnie pod nogi. A jakaż satysfakcja była gdy się udało.

Pamiętam, było to jesienią, gdy na równym jak stół polu zasianym żytem pasły się trzy gęsi. No i jak je podejść na odległość skutecznego strzału? Tu nie trzeba brać pod uwagę kierunku wiatru, chociaż kto wie? Należy, przede wszystkim, zachować całkowity spokój, nie czynić gwałtownych ruchów, podchodzić bardzo wolno drobnym posuwistym krokiem nie unosząc nóg i ciągle obserwować ptaki.

Tak też uczyniłem. W lufach miałem brenekę i loftki, gdyż wybrałem się na dziki. Takiej amunicji wtedy używano na dziki. Szedłem prosto na gęsi nie unosząc nóg. Zachodzące słońce miałem za plecami, to i dobrze, pomyślałem. Rozumowałem, iż gęsi niechętnie będą patrzeć w kierunku rażących wzrok promieni słonecznych, lecz wyszło inaczej. Gęsi widocznie zauważyły mnie, gdyż wszystkie podniosły głowy. Wtedy instynktownie zmieniłem kierunek marszu, zacząłem iść w prawo i jakby oddalając się od nich tworzyłem wrażenie, iż nie jestem nimi zainteresowany. I o dziwo, pomogło! Gęsi uspokoiły się, pospuszczały głowy i żerowały dalej. Wtedy ponownie przybrałem kierunek na nie i kiedy już byłem od ptaków około 50 metrów, one znów podniosły głowy, tym razem bardziej zaniepokojone. Przestałem udawać i ruszyłem w ich kierunku biegiem, licząc na to, że zanim się uniosą, to już będę dostatecznie blisko. Tak też się stało. Zdążyłem zrobić około dziesięciu susów, a gęsi były już w powietrzu. Strzeliłem z przyrzutu do najbliższej. Spadła martwa na ziemię ugodzona jedna loftką w szyje w pobliżu głowy. Byłem dumny z rozegranej batalii, więc powiedziałem do siebie chełpliwie: Ot ja szczwany!

I rzeczywiście. Potrafiłem zwierzynę podejść, przewidywałem jak się ona zachowa i, że tak się stanie, jak wcześniej zaplanowałem. Dawało mi to więcej satysfakcji niż zdobyte trofea. Po kilku udanych podchodach nabrałem takiej pewności siebie, iż wydawało mi się, że mogę podejść do dzika, klepnąć go po zadku i powiedzieć: nastąp się komorą, bo inaczej odstrzelę ci pędzel i nie będziesz miał czym się zalecać do loszek.

Tymczasem koledzy byli selekcjonerami, mieli sztucery, drylingi z lunetami, co pozwalało im polować na zwierzynę płową i brać udział w rykowisku "razem z bykami", a jeżeli ktoś umiał na czymś ryczeć tak jak one, lub jeszcze lepiej, to wszystkie byki podobno szły za nim, i nie tylko byki, o czym się zaraz przekonacie.

Był rok, gdzieś około siedemdziesiąty. Egzamin na selekcjonera zdałem w Olsztynie. W Olsztynie kupiłem broń kulową, sztucer kal. 30.06 z lunetą. Otrzymałem odstrzał na byka w macierzystym kole i pewnego jesiennego wieczoru, z sercem i sztucerem na ramieniu zanurzyłem się w Puszczę Piska. Wieczór był piękny, chłodnawy. Obrałem sobie takie miejsce, gdzie były wyraźne symptomy znęcającego się byka nad dużym łozowym krzakiem, no i zasiadłem. Siedząc, myślałem - gdzie ten mój pierwszy byk teraz flirtuje, ile ma łań i jakie też one mu "rogi" przyprawiły?

Była cisza... I raptem usłyszałem przeciągłe uuuuuu-uh, potem krótkie uh,uh! Długa chwila ciszy i tym razem jakby bliżej, przeciągle groźnym basem uuuuuuu-uh! Stary byk - pomyślałem zdrętwiały z wrażenia - trzeba go obejrzeć zanim się ściemni. Zacząłem się skradać w tym kierunku z lornetką w ręku. Usłyszałem jeszcze niedaleko jakby kilkakrotne uderzenie suchego patyka o patyk: pęk, pęk... Cały spięty zatrzymałem się, zacząłem powolnym ruchem unosić lornetkę do oczu i wtedy z najwyższym przerażeniem, jak grom z jasnego nieba, usłyszałem głośne hahaha! ha! Krzaki się poruszyły i wyszedł zza nich nadleśniczy inż. Ludwik Śliwka z jakąś jakby konchą zawieszoną na szyi i z filuterną miną powiedział: Dobrze wabiłem co? Ha! ha! ha! - roześmiał się. Byłem mocno skonsternowany i przez chwilę milczałem, potem zacząłem też się śmiać. Śmieliśmy się obaj.

Od tego czasu upłynęło wiele lat, aż raz się dowiedziałem, a raczej przeczytałem w "Łowcu Polskim" o tym, jak nadleśniczy inż. Ludwik Śliwka zajął pierwsze miejsce w europejskich mistrzostwach w sztuce wabienia jeleni byków. I wtedy przypomniałem sobie, jak to On kiedyś wywiódł mnie w pole, a raczej w krzaki, i te ha! ha! ha! Dziś się nie dziwię, że dałem się wtedy łatwo zwieść, wszak miałem do czynienia z nie lada mistrzem.
Darz Bór!

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Piszanin.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości